piątek, 13 grudnia 2013

Od Luny

Był mroźny, zimowy wieczór. Na dworze panowała ciemność, którą rozświetlał plask lamp. Wiał lekki wiatr, dało się usłyszeć szelest liści. Powoli podniosłam głowę z legowiska. Robert siedział na kanapie w skupieniu czyszcząc swoją strzelbę. Zamerdałam ogonem. To z pewnością oznacza, że jutro wybierzemy się na polowanie. Ale nie dziś... Widziałam jak Robert z utrapieniem patrzy za okno na pokrywający ziemię śnieg. Bynajmniej za nim nie przepadał. Szczeknęłam, a on odwrócił się w moją stronę i lekko się uśmiechnął.
- Co Luna?
Merdając ogonem wesoło podbiegłam do wiszącej na krześle smyczy i trzymając ją w pysku stanęłam przed nim robiąc "maślane oczka".
- Jest strasznie zimno. Nigdzie nie idę. - zaczął jęczeć, ale po krótkiej chwili ubrał się i wyszliśmy na dwór.
Bawiłam się w najlepsze skacząc po miękkim i puszystym śniegu. Jednak mój opiekun rzucał, co chwila tęskne spojrzenia na ośrodek Snow Dogs. No trudno, jakoś to przeżyje, bo ja na pewno nie zrezygnuję z naszych spacerów. W oddali zobaczyłam siłujących się Renesmee i Balto. Na ogrodzeniu siedział Harley spokojnie przypatrując się szalejącym psom. Nigdzie nie widziałam Rosalie, ale ona zapewne wylegiwała się przed kominkiem. Robert poluzował smycz, a po paru minutach odpiął ja bym mogła swobodnie pobiegać. Potruchtałam do lasu a za mną mój opiekun. I tak to właśnie powinno wyglądać. Najpierw pies, potem człowiek. Biegnąc po między drzewami słyszałam jak Robert, co chwila krzyczał:
- Wolniej Luna!
Ale co tam! To pierwszy śnieg te zimy, więc można trochę poszaleć. Nagle w oddali mignęła mi czarno-białą sylwetka. To z pewnością był Jack. Szczeknęłam na powitanie.


Jack? Dokończysz?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz