niedziela, 22 grudnia 2013
Od Marry Do Milorda
Jak każde rozważne zwierzę muszę poznać lepiej środowisko w którym się znajduje.Ten kawałek postanowiłam zwiedzić sama w postaci spaceru.Przez dłuży okres czasu było to monotonne mijanie drzew.Lecz po chwili ujrzałam pewną postać.Nie trudno było wywnioskować,że to nie jest pies.Chyba,że miniaturka...ale nie w każdym razie mój węch wskazywał na kota.Jego sam zapach kusił do jego rozszarpania,a co dopiero drażniący widok lecz mimo to powstrzymałam się od tego.Kiedy zaś chciałam go umiejętnie ominąć,nie pozwolił na to i zaczął dyskusje i kocią pogawędkę.
-Dobry,Mam na imię Milord-wymiarczał
-Milord? Na prawdę? Czy jesteś kocim szlachcicem?-odparłąm sarkastycznie
-Nie kpij sobie zapchlony kundlu-odparł spokojnie przecierając szkiełko
-Powiem tak,przestań miauczeć nie potrzebnie,bo natrafisz na kłaczek!
-Jakie słownictwo pani...tutaj powinnaś podać mi swoję imię
-ale ci nie podam
-niby dlaczego?
-na pewno nie dlatego,że jest głupsze od twojego
-jeśli tak to powiedz
-No,dobrze nazywam się Marry,a tak wogóle twoje imię nie jest wcale takie głupie
-o dziękuje,widzę ,że potrafisz być życzliwa-uśmiechnął się
-lecz nie dla każdego...-zmierzyłam go wzrokiem
-rozumiem-powiedział niepokojąco się rozglądając
-ale jakoś na razie nie działasz mi wyjątkowo na nerwy,powiedz czy mam się przygotować na jeszcze
odwiedziny jakiś kotów? Może macie "dzikie stado"?-powiedziałam z sarkazmem unosząc jedną brew
(zacny Milordzie?)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz